Pogadaj z nami :D

piątek, 2 października 2015

"Martwy krzyk w oddali, w piwnicy mrok..."

Serce wyłamali
Ciężkich butów krok
Dzień zwycięstwa – o nas zapomniał świat
Moich 17 lat, zabił czyjś syn i brat
 Imię: Zwą mnie Mella, na nazwisko Cien.
Wiek: 17 wiosen
Data Urodzenia: 14.07.1928r.
Data Śmierci: 1.10.1944r.
Pochodzenie: Warszawa, Polska
Miejsce Zamieszkania: Błąkam się z miejsca na miejsce.
Zawód: Byłam jeszcze młodą dziewczyną gdy zginęłam, ale tuż przed śmiercią walczyłam.
Rasa: Duch, dziki, właściwie półdziki...
Partner: W poszukiwaniu miłości. (chłopaka!)
Połączenie: BRAK
Stanowisko: Chyba brak...
Moc: Umiem wywołać dowolny nastrój osoby, dla której śpiewam.
Broń: Łuk – z nim czuję się najpewniej
Przyczyna Śmierci: Wojna, wróg, walka o ojczyznę... Zostałam zastrzelona podczas Powstania.
Wygląd: Silna, piękna dziewczyna o czarnych włosach... To przeszłość. Dzisiaj jestem ledwie dziewczynką o delikatnych rysach twarzy i srebrno-białych włosach... Czasem patrze w lustro i pytam sama siebie „gdzie się podziała ta silna, niezależna dziewczyna którą byłam”?
Charakter: Zatroskana, zamyślona, ale czasem też lubię pożartować. Ogółem jestem w miarę przyjacielska, ale lubię też rozmawiać... najlepiej szeptem, w środku nocy, kiedy emocje nie dają mi spać.
Historia: Nie byłam nikim nadzwyczajnym. Uczyłam się przeciętnie i tworzyłam przeciętny związek z chłopakiem, ale w '44 wszystko się zmieniło. Pamiętam wszystko jakby było wczoraj. Gwieździsta noc, Alan, ja i otaczająca nas cisza. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszej nocy niż ta na randkę, ale tej nocy jedyną „randką”, na którą obydwoje się wybraliśmy, było spotkanie ze śmiercią. Tej nocy nie było wygranych i przegranych. Był tylko cicho szepczący do ucha wiatr „wygrałaś co mogłaś... czas się poddać”. I on powiedział, że byłam jedyną osobą, która dawała mu szczęście. A to... były ostatnie słowa jakie słyszałam.

Zainteresowania: Śpiew, taniec (w świetle księżyca)
Zwierzę: BRAK
Kontakt: (Email/Gmail i GG): all.those.cookies@gmail.com, gg: 55760763

Twoja Data Urodzenia: 10 grudnia

niedziela, 21 czerwca 2015

Krew? To powinno być wewnątrz.

 Wielokrotnie wspominał wydarzenia z dnia uprzedniego, jednakże nie mógł uwierzyć, że zdołał zachować się tak głupio i nierozsądnie. Podejrzewał, iż to tylko sen, lecz tę teorię obalono na zebraniu, gdy Wagner jedynie wrogo łypnął na Caine'a, miast przywitać się jak zazwyczaj. Momentalnie poczuł gorąco, zagryzł wargę, zasiadłszy na swoim miejscu i zbudził go dopiero donośny głos wampira, który go tu zaprosił. Było to zebranie tajne, niewielu krwiopijców dostąpiło zaszczytu przybycia tu, musieli wpierw przewodniczącemu się przypodobać, a stawało się to o tyle trudniejsze, że nikt nie znał jego twarzy. Wiadomym natomiast stawało się to, iż młody wampir był tu pierwszy raz i już niczego nie pojmował.
- Takowe wampiry należy obalić...
 O czym była mowa? Miał szczerze dosyć wszelkich spotkań, na których nie poruszano niczego istotnego dla jego sprawy. Ponadto gdy tylko dostrzegał znudzonego wampira z o wiele większym stażem, od razu wiedział, jaki spotka go los. Mimowolnie przywracał w pamięci obraz cierpiącego Natsu, całkowite poddanie się, zwieńczone odsłonieniem szyi. Nie potrafił uwolnić młodziana, ale polepszył jego sytuację, o ile Wagner nie postanowił uczynić to chwilowym, by następnie dopuścić się jeszcze gorszych tortur.
- Pheles nie ma niewolnika.
 To zabawne, że zawsze słyszymy własne imię, nawet jeśli jesteśmy zupełnie wyłączeni. Tylko i wyłącznie dlatego Caine nagle jął słuchać, a po zrozumieniu całości tejże wypowiedzi nie był w stanie opanować drżenia rąk, toteż skrył je pod stołem. Wzrok każdego w pomieszczeniu padł na twarzy chłopaka, szczęśliwie jak zawsze nosił maskę, w przeciwnym razie pogardliwie uniesiona brew straciłaby na znaczeniu. Rozejrzał się po zgromadzonych, z goryczą widząc wrogo zwróconych sojuszników. Westchnął jakoby rozbawiony i odchylił się na krześle, niebezpiecznie balansując nad ziemią. W celu sprawienia lepszego wrażenia założył ręce na kark.
- Zatem teraz istoty tak bezwartościowe jak niewolnicy świadczą o wampirze? - wysyczał z niedowierzającym tonem. - Tylko po to mnie tu przywołaliście? 
- A może tylko nie jesteś w stanie znęcić się nad pomiotem? Masz nazbyt miękkie serce albo... jesteś szpiegiem?
 Caine wybuchnął gromkim śmiechem, gwałtownie poleciał do przodu i zgiął się w pół, trzymając za brzuch. On? Szpiegiem? Jezu, ledwie nakarmić kota potrafi bez otrucia. Nie słysząc rechotu także innych zgromadzonych zaprzestał tego, tylko co jakiś czas jeszcze dziwnie się trzęsąc. Otarł nagromadzone z rozbawienia łzy i powrócił do poprzedniej pozycji, albowiem w takim momencie jęła wydawać się opcją najlepszą.
- Nie wiem co mógłbym uczynić, byście mi, najdrożsi panowie, uwierzyli. Niemniej jednak takowe oskarżenie powinienem przyjąć o wiele surowiej, aniżeli to uczyniłem, także mam nadzieję, iż się na takowej decyzji nie poślizgnę i moje wybaczenie posłane w panów stronę nie pójdzie na darmo.
- Na dobry początek mógłbyś zaprezentować nam swoje umiejętności w posługiwaniu się człowiekiem - zaproponował lodowatym tonem wampir ewidentnie przy kości, akurat oblizując zanurzone we krwi zębiska.
- Rozumiem, że panowie nic ostatnio nie jadali, pewnie jakiś nicpoń okradł panów spiżarnię z posoką, jednakże nie jest to powodem, bym na oczach tylu szanowanych wampirów znęcał się nad jakimś pomiotem - odparł równie beznamiętnie siwowłosy. Ledwo powstrzymał się od wypowiedzi świadczącej o górującej naturze człowieka lub zwykłego, acz przekonującego monologu o uprzednim bycie wampirów.
- Wystarczy wypić. Do dna.
 Po wydaniu polecenia grubas machnął ręką, a do pomieszczenia wkroczył szereg przerażonych dzieci z nabrzmiałymi punktami umieszczonymi na szyjach. Krwiopijca popukał się teatralnie w brodę, a następnie skinął głową na niskiego blondynka, który posłusznie i nie zdradzając niczego podszedł bezszelestnie do osobnika będącego wyżej w hierarchii, a następnie odchylił szyję. Mężczyzna z namaszczeniem i szaleństwem w ślepiach pogłaskał dwie blizny, po czym wpił się w nie brutalnym i prędkim ruchem. Caine skrzywił się mimowolnie, gdy chłopiec upadł po niecałych ośmiu sekundach, dopiero teraz pojmując znaczenie całej sytuacji. Przed sobą miał jednego z gorszych wampirów, a tenże słynął z wyjątkowo szybkiego tempa picia krwi. Wraz z upadkiem zakończyło się także pojenie, skwitowane otarciem malinowych ust.
- Twoja kolej, Phelesie. Wybierz jedno z nich.
 Chłopak wprawnym i niby nic nieznaczącym ruchem odchylił kołnierzyk ubranej na tak wyjątkowe spotkanie koszulki. Bezskutecznie przebiegał wzrokiem po tych dzieciach, starając się wybrać rozważnie. Istniała nadzieja, iż wybranego mu podarują, toteż wypadało uratować najsłabsze, jednakże szansa na taki ciąg wydarzeń była mała. Jak wampir rzekł, do dna. Jednocześnie to najsilniejsze mogłoby stać się ważnym elementem powstania, jakiego się Caine spodziewał w niedalekiej przyszłości. Ponadto dużo by wytrwało, broniłoby słabszych.
- Czas mija, Phelesie. Mamy cię zachęcić do wyboru jakąś wybitną groźbą zamordowania wszystkich?
- Nie. Ja...
 W porę ugryzł się w język, nie chcąc tylko pogorszyć własnej sytuacji. Za pomocą wyliczanki z dawnych lat skazał niewinne dziecko na prawdopodobną śmierć. Matka ewidentnie nie byłaby dumna.
- Wybieram ją.
 Czarnowłose dziewczę przełknęło ślinę i otarło nagły potok łez. Drżącymi nóżkami jęła zbliżać się do siwowłosego, w rączkach przekręcając rąbek skąpej koszulki. Pragnąc złamać serce wampira patrzyła mu prosto w oczy, te lodowate i pozbawione czułości oczy, a wśród nich jedno przeraźliwie czerwone. Będąc tuż przed nim uklękła i zaniosła się szlochem, co jakiś czas przerywanym niezrozumiałymi, bo wymawianymi w obcym języku słowami. Kain z ciężkim sercem szarpnął ją za ramię ignorując wydawane przez małą piski i postawił ją przy fotelu. Oblizał wargi, by spierzchnięte usta jej nie drażniły i delikatnie odchylił maskę, toć bez tego nie miałby jak dotrzeć do swojego celu. Pospieszany presją otoczenia bez zbędnych ceregieli wbił kły w cienką skórę dziewczęcia i zaraz zabrał do roboty. Od dawna nie smakował świeżej krwi, zatem zaraz zadrżał, czując przechodzący przez ciało napływ sił, wszystkie zmysły nagle wyostrzyły się, a czerwone ślepie błysnęło. Brutalnie przyciągnął do siebie łkającą ofiarę, która kurczowo trzymała kolano wampira, chyba z całych sił usiłując zmiażdżyć jego rzepkę. Młodzian czuł się niczym w niebie, w pewnym momencie stwierdził, iż należący doń zmysł smaku pewnie oszalał, albowiem nic, dosłownie nic w jego krótkim żywocie nie dawało mu takiej przyjemności, jak krew tej istoty. Przez przypadek jęknął dziko, ogłaszając wszech i wobec odczuwaną rozkosz. Gdy ucisk na kolanie zaczął słabnąć oderwał się, przerywając trwającą orgię smaków i po raz ostatni zakosztował tej posoki, łapiąc jej spływające krople językiem.
 W całym pokoju zapadła cisza, bo choć wszyscy wielokrotnie widywali takie pojenie się, to rzadko kiedy wampir podczas niego cały drżał, nawet teraz Caine ledwo opanowywał chęć pożywienia się po raz drugi, wzrok szalonych ślepi wpijając w zrobioną własnoręcznie ranę na szyi. Była straszliwa, wcale nie dyskretna i schludna jak u innych, a wyglądająca niczym wykonana przez dzikie zwierzę. Wreszcie puścił dziewczynkę, na co zerwała się i ostatkiem sił pobiegła do reszty dzieci, poszukując w nich pomocy, ale tamci tylko odsunęli się z obrzydzeniem, nie spuszczając młodego wampira z oka. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się grubas, oczywiście swą wypowiedź poprzedzając wymownym chrząknięciem.
- Jest pan... specyficznym przypadkiem, Phelesie. Mało kto rozkoszuje się krwią pomiotów tak wymownie, jednakże myślę, że taka deklaracja jest... wystarczająca.
- Zmartwiłbym się, gdyby mnie to obchodziło - warknął cicho Caine, wpatrując się w swoje dłonie z szerokim uśmiechem, jakoby miał na nich wytatuowane słowo zdrajca. - Tymczasem ja myślę, że więcej mnie panowie nie poproszą o coś równie głupiego.
 Po czym wstał z krzesła, nadal nie pojmując, co się tu właściwie stało. Dotarł aż do przerażonych dzieci, gdy powróciło świeże myślenie, nakazujące naprawić własne błędy i zapobiec następnym. Poprawił maskę i rzucił okiem na grubasa, posyłając w jego stronę nieprzyjmujące sprzeciwu polecenie o przysłaniu młodej jeszcze tego wieczora pod rezydencję siwowłosego, na co tamta zapłakała gorzko, kuląc się w kącie.
- Życzę panom miłego dnia. Do widzenia.

piątek, 19 czerwca 2015

Życie to jed­nak coś więcej niż tyl­ko ucie­czka przed bólem.



Sie­dze w więzieniu włas­nych uczuć,
Ska­zana za szczerość,
Mym wy­rokiem? Samotność!
{ Imię } Jeżeli nie jesteś moim przyjacielem to proszę zwracać się do mnie Rukia ( Tylko dla przyjaciół Ruki ).

{ Nazwisko } Usami

{ Wiek } Niedawno skończyłam 17 lat... Mimo to czuję się jakbym nadal była dzieckiem potrzebującym pomocy. 

{ Data narodzin } Przyszłam na świat 4.01.xxxx

{ Pochodzenie } - Bonjour mon ami! 
Pochodzę z Francji, a dokładniej z Paryża!
W Paryżu znajduje się wiele zabytków z różnych epok, dzieł sztuki, budowli architektonicznych, muzeów, uczelni oraz instytucji o znaczeniu międzynarodowym. Paryż to również światowe centrum mody.


Więc nap­rzód, niech broń rozdziera
 niech ku­la szy­je jak nić
Trze­ba nam te­raz umierać
By inni mogli żyć!
{ Zawód } Nim przybyłam na wyspę dorabiałam sobie jako krawcowa. Wszystkie ubrania, które posiadam wykonałam własnoręcznie. ( czuję się taka oryginalna! ). Zawsze gdy klient przychodził odebrać skończone odzienie i był zadowolony, na mej twarzy pojawiał się uśmiech. To cudowne uczucie, gdy twoja praca zostaje doceniona.

{ Rasa } Jestem człowiekiem, a dokładniej skazańcem... Taka z pozoru niewinna krawcowa popełniła przestępstwo? Tak, to prawda! niczego nie żałuję! Pomagałam przemycać broń... Niestety mnie złapali! Cholerny rząd! 

{ Partner } Jak na razie mam większy problem... Jak tu przeżyć !?

{ Połączenie } Brak

Ma­my pra­wo po­pełniać w życiu wiele błędów.
 Oprócz jed­ne­go: te­go, który niszczy nas samych
.
{ Stanowisko } Ogólnie to ja nic nie robię, zajmuję się krawiectwem  nadal. 

{ Broń } Zwykle pod sukienką kryje się całkiem pokaźna kolekcja noży... Pistolety i te sprawy, to nie moja bajka.

{ Skazana za } Jak już mówiłam wcześniej zostałam skazana za to, iż pomagałam przemyca broń. Do mojego lokalu często przychodzili mężczyźni co zaczęło wzbudzać podejrzenia. W sprzedawanych przeze mnie ubraniach była ukryta wszelkiego rodzaju broń. Myślałam, że nikt się nigdy o tym nie dowie, a tu takie : PUF! Nagle wpada policja miejska i rzuca się na mnie... Kultura nade wszystko! 



{ Wygląd } Niska, drobna brunetka o jasnej karnacji. Oczy mam koloru błękitnego. Jednakże cycki mam >.< ( aby nie było) . Lubię nosić rozmaite sukienki! ( mojej roboty).  Czy posiadam jakieś znamię? Tak na karku mam bliznę w kształcie gwiazdy... 

-Dzień dobry!
 -Dzień zły.
{ Charakter } Jestem przyjazna wobec innych, ale jak już się mnie wkurzy to jadę po całości. Może lekko wybuchowa... lekko! 

{ Historia } Nie wiem co tu dodać, więc po prostu powiem wam pewną sytuację... Zatuszowaną ( nikt o niej nie wie) Kiedyś zabiłam innego człowieka, ale w obronie własnej! 
Był to już wieczór, więc nikogo nie było ze mną w sklepie.  Nagle zadzwonił dzwonek i do środka wszedł wysoki mężczyzna w długim, czarnym płaszczu. ( Muszę przyznać, że był obrzydliwy, ale z klientem się nie kłóci!). Oglądał przez chwilę skończone projekty z wystawy. Nie zwracając na niego uwagi stałam za ladą i czytałam jakieś pisemko. Gdy podniosłam głowę, go nie było. Zdziwiłam się, ale nagle poczułam chłodny oddech na karku. Facet stał za mną... Przerażona zachowaniem klienta chciałam zwać, ale złapał mnie za włosy i zaczął mówić jakieś teksty typu : To jest nasz wieczór! Obserwowałem cię od pewnego czasu... ( rzygam na wspomnienie). Zaczął mnie obmacywać... 
Pod ladą miałam ukryty miecz, ale nie przypuszczałam, że kiedykolwiek po niego sięgnę. Zrobiłam to! Z krzykiem odwróciłam się w kierunku przeciwnika i wbiłam ostrze w jego serce... Nie spodziewał się tego, padł na ziemię. Chwile później utworzyła się na podłodze kałuża krwi.  Stałam tam nie wierząc w to co zrobiłam. Zaczęłam ryczeć, upadłam na kolana. 
Moi wspólnicy wpadli do sklepu i posprzątali... Do tej pory mam uraz.

{ Zainteresowania } Moja praca to także moja pasja. ( szycie - krawiectwo). 

{ Miejsce zamieszkania } Miasto Ocaleńców, ale zapuszczam się czasem do Przeklętego miasta...


Więcej niż ges­ty, więcej niż słowa, spójrz mi w oczy i wyd­rzyj z nich całą prawdę o mnie
, lecz nie ocze­kuj, że kiedy­kol­wiek otulę słowa­mi twój próżny świat zawiści.

GG - 38498093
yukocaligo@gmail.com











wtorek, 16 czerwca 2015

Nieudana próba

Natsu stracił rachubę czasu. Nie wiedział jak długo już stoi tak związany na środku swojego pokoju. Ręce zdążyły mu już porządnie ścierpnąć, a i nogi odmówiły posłuszeństwa. Już nie był w stanie utrzymywać pionowej postawy i najczęściej wisiał na rękach, które to musiały utrzymywać cały ciężar jego ciała. Był pewien, że nadgarstki ma w opłakanym stanie. Od czasu do czasu jedynie w środku pojawiał się Toshiya przynosząc mu gąbkę nasączoną zimną wodą, która okazała się być jego jedynym przywilejem w tym momencie. Wampir ten również korzystał z okazji by się nim posilić. Czasem rzucał jakiś komentarz odwołujący się do palących wyrzutów sumienia chłopaka. Tego dnia wspomniał coś o spotkaniu z przyjaciółmi oraz grze w golfa na tyłach rezydencji. Natsu nie miał pojęcia jak długo jeszcze potrwa jego kara, a zważywszy na to, że z każdą chwilą czuł się słabszy, nie wróżył sobie świetlanej przyszłości.
***
Caine delikatnie wzruszył ramionami i szerokim uśmiechem, oczywiście skrytym pod maską, odpowiedział tylko śmiejącym się wampirom. Nikt nie jest idealny, prawda?
- Muszę ci przyznać, chłopcze, że masz wiele talentów, ale golf raczej ci nie idzie. - Wagner poklepał go po ramieniu, nadal drżąc po uprzednim rechocie.
- Będąc szczerym, to mój pierwszy raz - odparł chłopak, pocierając kark.
Choć marzenie wreszcie się spełniło nie był zachwycony. W takim towarzystwie, w atmosferze mimo wszystko przepełnionej wrogością nic nie mogło być piękne. Westchnął cicho i włożył kij do torby niesionej przez ludzkiego niewolnika. Ze zdziwieniem odkrył, iż coraz mniejsze współczucie do takowych czuje, co nieco go zaniepokoiło, lecz zaraz odezwała się weń nieodparta potrzeba... myszkowania. W domostwie przebywali tylko chwilę, oczekując na Wagnera, a musiał przyznać, że wyglądał niesamowicie. Odwróciwszy się do właściciela domu jego oddech przyspieszył, a w gardle zaschło, gdy zastał go pijącego posokę z kryształowej szklanki. Unosił mały palec, co wraz z niepokojąco dzikim wzrokiem sprawiło, iż w sercu Phelesa mimowolnie zalęgł się strach.
- Wagnerze, gdzież znajdę toaletę? - zapytał, przechylając przy tym słodko głowę, jakoby dodając do pytania szczyptę dziecka.
Wampir zaprzestał pożywiania się, otarł usta i spojrzał na siwowłosego, nieufnie mrużąc ślepia.
- Nic dzisiaj nie piłeś, chłopcze.
Szlag.
- W ostatnich dniach moje oko jęło domagać się większej uwagi, wolałbym w odpowiedni sposób pozbyć się niewygody, jakiej aktualnie mi dostarcza.
Zaczął zastanawiać się, czy jego głos przypadkiem nie zadrżał przy wymawianiu tej nędznej wymówki, skoro reszta towarzystwa mierzyła go trwożnym wzrokiem. Odetchnął dopiero po dosłyszeniu cichego śmiechu, który sam w sobie wyrażał zgodę.
- Po schodach do góry, trzeci pokój na prawo.
- Dziękuję - rzekł jeszcze i obrócił się na pięcie, by ruszyć w stronę domu, w tym samym czasie szczycąc się zwycięstwem.
Ubóstwiał zyskiwać w oczach innych wampirów poprzez zdobywanie sympatii Wagnera w takim samym stopniu, jak uwielbiał owijać go sobie wokół palca, niestety tym samym igrając z ogniem.
Na parterze wolał się nie kręcić, toteż tylko obiegł wzrokiem dolne piętro, a widząc w niemal każdym pomieszczeniu jakichś ludzi czym prędzej myknął do góry. Z udawanym zawodem stwierdził, iż w swej pamięci nie doszuka się instrukcji, w jaki sposób dotrzeć do łazienki, zatem bez skrupułów zapukał w pierwsze lepsze drzwi i nie otrzymawszy odpowiedzi cichaczem wpełzł do pokoju.
Było ciemno i nic nie mógł dojrzeć po zamknięciu wejścia, toteż skupił się przez chwilę i uruchomił pozyskaną niedawno moc, dzięki której o wiele lepiej widział w ciemności. Wiele spodziewał się po Wagnerze, w zasadzie więcej historii słyszał o jego rezydencji, aniżeli o nim samym, ale nikt nie przygotował go na natknięcie się na doprowadzonego na skraj śmierci chłopca. Poważne wątpliwości posiadał odnośnie następnych kroków, z wewnętrznym ja walczył, podchodząc do niego i ściągając z oczu młodziana opaskę. Przeklinał swą ochotę do przeszukiwania domu, ale tylko na początku, bo wtem ofiarę rozpoznał.
- Natsu?
Niepewnie wyszeptał imię, nie będąc pewnym, czy dobrze je zapamiętał. Z poprzednich przyjęć go pamiętał, gdy chodził i dawał sobą biedak pomiatać.
Blondyn usłyszał pukanie do drzwi, ale nie był w stanie na nie odpowiedzieć. Wyraźnie pamiętał przestrogę Wagnera. Nie wolno mu było nawet najmniejszym jękiem dać znać o swoim istnieniu, dlatego też wstrzymał oddech, gdy poczuł że ktoś ściąga mu maskę z oczu. Zacisnął powieki nie chcąc patrzeć i błagając by ten ktoś sobie po prostu odszedł. On nie potrzebował gości. Nie, kiedy wyglądał w takim stanie. Nawet nie był w stanie na powrót stanąć na nogi, choć się teraz starał.
Słysząc swoje imię uniósł odrobinę głowę by napotkać przed sobą ciemny kształt. Potrzebował dobrej chwili by przyzwyczaić się do ciemności. Wampir. Tak, zdecydowanie miał przed sobą wampira.
- Przysłał cię, żebyś się posilił? - wychrypiał, a raczej chciał to zrobić, ale usta miał na tyle spierzchnięte, że wydobył się z nich jedynie niezrozumiały bełkot. Zgrzytnął więc zębami i odchylił głowę do tyłu, by wampir miał dokładny dostęp do jego szyi. Posili się i sobie pójdzie. Taką miał nadzieję. Nie chciał by zrobił cokolwiek innego. Wolał nie wiedzieć jaki gniew to na niego sprowadzi.
To ewidentnie był Natsu. Wampir skrzywił się słysząc to pytanie, choć doskonale jego obawy rozumiał. Teraz był potworem, nie miał szans na zdobycie zaufania. Z obrzydzeniem poczuł wysuwające się kły, przerażony odszedł parę kroków, nie chcąc nikogo skrzywdzić. Miał w domu cały zapas, o co chodziło?
- Nie wygaduj głupot - fuknął w odpowiedzi, usiłując powstrzymać napływ smutku. - Co tu robisz? Natsu, spójrz na mnie.
Delikatnie pochylił głowę chłopca do przodu, aż kolejny pomysł wpadł do głowy siwowłosego.
- Jezu, przepraszam - wymamrotał jeszcze i stanął na palcach, by pokombinować coś z więzami.
Ktokolwiek je wykonał był odeń o wiele silniejszy, toteż posiadał niemały problem, ale w pewnym momencie jeden z nich puścił i połowa człowieka opadła. Przygryzł wargę widząc tę niewygodną pozycję, jednak niezdara to odpowiednie określenie. Mimo wszystko jął siłować się i z drugim, lecz po chwili opadł na podłogę wyczerpany. Cholerstwo nie zamierzało puścić, może i słusznie, bo co niby zrobiłby z niewolnikiem Wagnera? Obaj byliby nie tyle skończeni, a martwi.
- Przepraszam... - wyszeptał ponownie. - Przepraszam, przepraszam...
Nie pozwalał sobie zdobyć tchu, jedno słowo powtarzał cały czas, nie wiedząc samemu, dlaczego tak się o niego martwi i dlaczego dopuścił słabość, jaką są łzy.
Blondyn jęknął głucho, gdy tak zawisł będąc podtrzymywanym tylko połowicznie. Teraz było jeszcze gorzej. Utrzymywała go tylko jedna ręka, która drętwiała w zastraszającym tempie. Oczy rozszerzyły mu się ze strachu i krzyknął głucho starając się ustać na nogach, żeby tylko ją odciążyć. Bolało.
Spojrzał na siedzącego na podłodze wampira, który o dziwo... płakał i skrzywił się lekko, nie bardzo wiedząc co ma myśleć. Płakał, bo nie udało mu się go uwolnić? A może robił to, bo spieprzył sprawę i nie potrafi torturować go dalej? Bał się tego mężczyzny, bo nie mógł odkryć jego zamiarów. Nie był też pewny czy kiedykolwiek jeszcze pokusi się o próbę odkrywania czyichś kart. Przełknął głośno ślinę, gdy drzwi znów się uchyliły, a do środka wszedł Toshiya.
- Zgubiłeś się w drodze do łazienki? - zapytał chłodno młodego wampira, samemu pomagając Natsu złapać pion i przytrzymując go mocno w pasie, by trochę mu ulżyć. Najwyraźniej nie był zadowolony, że ten wampir się tu przyplątał. - Zrobił ci coś? - zapytał chłopaka.
- Nie - blondyn pokręcił przecząco głową, na co Wagner jedynie skinął głową i szarpnął łańcuch tak, by ten puścił. Nie odwiązał go jednak, tylko poprawił więzy na obu jego dłoniach i tym razem położył go na łóżku. Uznał najwyraźniej, że czas dać mu odsapnąć na godzinkę, czy dwie.
- Wolałbym, żebyś więcej nie kręcił się po mojej rezydencji - Wagner posłał Cainowi chłodne spojrzenie, kiedy objął go ramieniem i wyprowadził z pokoju. Drzwi zamknął tym razem na klucz.
Zamarł, gdy drzwi się otworzyły, ale zaraz przybrał uśmiech, a łzy momentalnie zniknęły. Źle to rozegrał, to fakt, ale jeszcze nic straconego. Na takie zdarzenia specjalnie pozostawił przed domostwem starego przyjaciela, toteż gdy tylko wyszli na zewnątrz, niemal nań wpadli. Ciemnowłosy przywitał wampiry z promiennym uśmiechem, przystrojony w nienaganny garnitur.
- Panie, panna Morgenstern już czeka - oznajmił, po czym odsunął się na bok i wskazał czekający już powóz.
Caine popukał palcem w brodę, przenosząc wzrok od powozu na Wagnera, który miał ewidentną ochotę coś mu zrobić. Dopiero ocierający się o nogi kot wyrwał go z zamyślenia i pospieszył podjęcie decyzji.
- Z ciężkim sercem opuszczam wasze towarzystwo, Wagnerze. Szczęśliwie zobaczymy się na jutrzejszym zebraniu.
Nawet gdy wsiadał do pojazdu mocno zaciskał szczęki, próbował powstrzymać trzęsące się ręce. Kocur mimo to ułożył się na nogach pana i usnął, gdy tak jechali przez wyboistą drogę, prowadzącą do jego własnej rezydencji. Ten incydent nie tylko nadszarpnął nerwy wampira, ale też wyraźnie zarysował dumę, że też czegoś tak prostego, jak uwolnienie z więzów nie był w stanie wykonać? Ponadto obawiał się, iż jedynie pogorszył sytuację niewolnika. Nie, nie niewolnika. Natsu, zamierzał zapamiętać to miano i niegdyś zrobić dlań coś dobrego, pomóc, niekoniecznie uwolnić, albowiem to byłoby już zbyt wiele. Podejrzewał, że tamten nigdy nie zasmakował wolności, więc zostawienie go, przykładowo, w Wiosce jest tak dobrym pomysłem, jak natychmiastowe zamordowanie.

Złodziejka vs Piratka

Białowłosa, ubrana w zwykłą, nieco porwaną i pobrudzoną koszulę, wracała z wyprawy wraz ze swoją dwójką towarzyszy - Vampów. W ręku trzymała worek z upolowanym ptakiem, zaś sakiewkę schowała za pasek, w której przebywały nowo znalezione, drogocenne kamyczki, dzięki którym mogła wykonać kolejną biżuterię na zamówienie. Już miała sięgać po klucz do sklepu, gdy zorientowała się, że nie był on zamknięty.
- Hm... Najwidoczniej musiałam zapomnieć...Znow​u... - westchneła cicho. Jedynym dobrym faktem w tej sprawie było to, że jej kochany kruk pełnił straż w jej sklepie, który był również jej domem. Była pewna, że gdyby ktoś chciał ich okraśc, szybko zostałby na dłużej, skutecznie uśpiony przez truciznę kruka, czekjąc na powrót właściciela. Otworzyła drzwi. Kruk zakrakał donośnie, po czym dziewczyna coś, a raczej kogoś, kto smacznie sobie spał na jej dywanie.
- Długo tu jest? - spytała, po czym zamknęła drzwi, usiadła na kanapie, wyciągnęła szablę i czekała na pobudkę brązowowłosej nieznajomej.

Avriel już od dłuższego czasu nie umiała znaleźć dla siebie zajęcia. Chodziła ona bez celu to w jedną, to w drugą stronę, a poziom irytacji z braku możliwego zajęcia sobie czasu czymkolwiek wzrastał z każdym upływem minuty. Próbowała już chyba tykać się wszystkiego. Od składania nędznego origami, polowania, ćwiczenia, a nawet skłoniła się do tego, by podenerwować strażników w mieście. Jednak ku jej niezadowoleniu nawet oni nie mieli dziś ochoty na zagrywki panny Shade, toteż najzwyczajniej w świecie zbyli ją, jakby była natrętną muchą. Tak więc zła i zdesperowana Avi została zmuszona do ucieczki w swoje od dawna pozostawione na boku zajęcie, a mianowicie kradzież. Obiecała sobie, że powoli, stopniowo zacznie wychodzić na prosto, nie będzie narażać się prawu, jednakże... Jej natura zwyciężyła po raz kolejny. Nie umiała zmienić siebie samej, choćby bardzo chciała. A może brak jej było po prostu motywacji?
Avriel jako swój cel obrała sobie pewien sklepik z biżuteria, czyli rzeczy specjalnie będące dla takiej sroki jak ona. Szczęśliwa, iż wreszcie powróciła do swojego żywiołu zakradła się bez problemu do środka, jednak nie przewidziała jednego, dość specyficznego problemu jakim okazało się być.. Ptaszysko. Jednak nie tak zwykłe ptaszysko, a jednym zadrapaniem usypiające ją.
- Wrrr.. - wymruczała jeszcze pół sennie pod nosem, gdy resztki objęć Morfeusza zaczęły odchodzić w niepamięć. Zamrugała ona kilkakrotnie powiekami, wciąż czując jakby pod nimi znajdowało się pełno piasku, a one same były ociężałe, po czym podpierając się na rękach podniosła do pozycji siedzącej i rozejrzała wkoło. W pierwszej chwili zamarła, widząc zarys sylwetki siedzącej wygodnie w fotelu i obserwującej ją.

- Witam. Dobrze się spało? - Zaklinaczka powiedziała dość spokojnym głosem, jednak jakby znudzona przejechała palcem po mieczu. - No więc teraz wyspowiadaj się ładnie, co tu chciałaś zwędzić pod nieobecność właścicielki. - ledwo wypowiedziała te słowa, a już na jej twarzy pojawił się pewny siebie uśmieszek. Trzeba było przyznać, że była mistrzem strategii. Ona uzbrojona w miecz, dwa koty strzegące wyjścia i ptaszysko które potrafiło dosłownie zwalić z nóg. - Powiesz po dobroci, czy mam użyć siły? Wampirzyco? - dodała po chwili.

W pierwszej chwili - musiała przyznać to nawet przed samą sobą - ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie paniki, które przebiegło po jej plecach zimnym, niekontrolowanym​ dreszczem. Co prawda nie był to pierwszy raz, kiedy to pozostawała w potrzasku, z zaskoczenia wpadając w pułapkę, lecz nigdy jakoś nie mogła się do tego przyzwyczaić. Wampirzyca czujnym spojrzeniem złotych tęczówek obserwowała kobiecą postać zasiadającą w fotelu, zastanawiając się, kim też być może, skoro nie widać u niej choćby cienia lęku.
Jednak chwila...
Przecież była złodziejką. Nieśmiertelną złodziejką wałęsającą się w swoim fachu już dość długi czas, w którym podobnych sytuacji jak ta było tyle, że w tym momencie nie sposób jest naliczyć je. Zawsze jakoś udawało jej się wyjsć z opresji. To z poobijaną dupą, jednak zawsze coś. Fakt, była o wiele lepiej uzbrojona, na dodatek miała u boku swoich towarzyszy - zwierzęta nigdy nie lubiły Avriel - jednak wampirzyca zamiast dzikich kotów i kruka posiadała szczęście głupiego i wampirzy spryt. Poddać się? Shade, weź się w garść.
- A dobrze się spało, masz wygodny dywanik - przeciągnęła się, prostując kości, po czym podniosła z podłogi i poprawiła płaszcz, oraz bandaż na nadgarstku. - Cóż może chcieć ukraść taki wampir jak ja? Masz tyle błyskotek, że nie sposób zdecydować się, która bardziej cieszy oko - westchnęła, z zamyśleniem omiatając wzrokiem pomieszczenie, po czym wzrok z powrotem zawieszając na ów postaci.

- Poniekąd to moja wina, że otwarte drzwi kuszą, jednak nie oznacza to że mogłaś coś ukraść. Wiem, że okazja czyni złodzieja, lecz Diabal nie lubi nieproszonych gości ze złymi intencjami. - mówiąc to wyciągnęła rękę, po czym kruk sfrunął jej, siadając na rękawicy. - Wiesz, że tu roi się od strażników, zaś do mojego sklepu przychodzą, aż zbyt często ?- prychnęła na koniec. - Choć ty pewnie masz z nimi gorsze kłopoty... Hm... Gdzieś cię chyba widziałam...- wstała, po czym podeszła do biurka nad którym wisiały kartki. Na jednej z nich widniał rysunek pamięciowy niedoszłej złodziejki, z wyraźnym napisem "POSZUKIWANA".
- Poznajesz? - nadziała kartkę na koniuszek miecza, po czym pokazała jej tę pożółkłą wiadomość.

Wampirzyca nachyliła się mocno do przodu, z widoczną konsternacją na twarzy wpatrując się w swój rysopis. Zmarszczyła ona czoło, przechylając głowę w prawo, to w lewo, po czym z upływem kolejnych ciągnących się minut rzekła:
- Krzywo mnie narysowali - skrzywiła się niezadowolona, prostując gwałtownie. - A jeśli chodzi o strażników widziałam się z nimi niedawno, pałszatany nawet nie chcieli się przyzwoicie zająć zleceniem, które przyszło im pod sam nos - prychnęła, odrzucając na bok brąz włosy. Avriel dopiero teraz po lepszym przyjrzeniu się dziewczynie mogła stwierdzić, iż był to... Człowiek! Żyjący, a nie umarły. Mogła by dać sobie uciąć rękę, że jest ona wampirem, nawet ze względu na urodę łudząco upodabniającą ją do tej rasy. Cóż, pozory czasami mylą. Choć przyznać musiała, iż białowłosa była naprawdę ładna.

- Nie pozwoliłam ci wstać. - odrzekła pewnie, przystawiając jej szablę pod gardło. Jak się trochę postraszy, to drugi raz tu nie przyjdzie, jak to zwykli zrobić złodzieje, powracając na miejsce zbrodni. - Crystall, podejdź. - wydała krótką komendę, zaś jeden z kotów posłusznie ją wykonał, stając przed wampirzycą i obnażając swoje kły. - Wystarczy tylko jedno słowo, a z łatwością przebije twoją skórę, a może nawet porachuje kości. Myślę, że władzom obojętne jest czy dostaną ciebie żywą...na swój sposób, czy też martwą.
Niby była zwykłym człowiekiem, aczkolwiek i wampira mogłaby przestraszyć. Tak naprawdę zaś, cały czas zastanawiała się co począć z tym złodziejaszkiem.​ Wczesniej nie miała takiego problemu na głowie, a nie chciała mieć w sklepiku walki i morderstwa. Stała przed nią całkiem ładna wampirzyca, która mogłaby ze spokojem startować na Miss Przeklętej Wyspy, aczkolwiek z jakiś niewyjasnionych przyczyn, zachciało jej się truć życie człowiekowi. - I co ja mam do diaska z Tobą zrobić? Wolisz dobrowolnie pojść na gilotynkę, czy bedziesz mi jeszcze truła życie jękami i prośbami, a na koniec zniszczysz mój sklep w walce o śmierć...W twoim wypadku o drugą śmierć i wieczne zycie.

Westchnęła cieżko, po czym machnęła ręką.
- Szczerze, to zrób ze mną co zechcesz - wzruszyła bezinteresownie ramionami, widocznie było jej już obojętne to, o czym zadecyduje białowłosa. Avriel przyzwyczaiła się do tego, że większość zawsze debatuje nad tym, cóż też może zrobić z tym przebrzydłym wampirem, a może na stryczek, a może do celi. Szczerze chciała chociaż raz osoby, która prosto z mostu walnie co stanie się ze złodziejką. Przynajmniej miała by wtedy wiecej czasu na rozmyślanie jak uciec.
- Wbrew pozorom na zamierzam jęczeć i błagać, sklepu też ci nie zdemoluje bo ładnie urządzony - powiedziała jakby nigdy nic, rozglądając się ponownie po wnętrzu. Co jak co, ale Avriel była dziwnym.. Umarłym.

Spoglądnęła na dziewczynę, zaś po paru sekundach milczenia schowała sztylet. - Nie wierze ze to robię... Dziwna jestes. Już drugi dziwny wampir...Raz wampir pomógł człowiekowi, raz moze i człowiek wampirowi...- westchnęła. - Uciekaj zanim kto ciebie zobaczy. Jestem wykończona po wyprawie i naprawdę nie mam siły sie z tobą użerać. Idź i nie wracaj. - mrukneła po czym wzięła kartke z jej podobizna i podarla.
- Ja ciebie tu nie widziałam. -dodała.

Nie powie, jednak zaskoczyła ją reakcja białowłosej. Spodziewała się raczej, iż dziewczyna nie odpuści i bedzie trzymać ją tu dopóty w najgorszym wypadku nie wezwie strażników, którzy to sprzątną ją w ten mniej przyjemny i mniej przyjazny sposób, potem wrzucając do celi. Avriel więc głupcem musiałaby być totalnym, by nie skorzystać z takiej okazji jaką daje jej los. Uśmiechnęła się jedynie delikatnie pod nosem, bez słowa zakładając na głowę kaptur, spowijając tym samym cieniem swoją bladą twarz. Nim jednak odeszła na dobre, spytała:
- Jak masz na imie?

- Niech ten kto pyta, najpierw się przedstawi. - odpowiedziała z uśmiechem. - Zwią mnie Zaklinaczką, choć sama nazywam siebie "Ri". - przedstawia sie, nieco skinąwszy głową.

Wampirzyca po chwili wyszczerzyła kły w tylko sobie znanym jak dotąd uśmiechu, po czym odparła wesoło:
- No, to teraz jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciół poznaje się w biedzie, c'nie? - zaśmiała się dźwięcznie, wskakując na parapet i przykucając na nim. - Avriel Shade, pijak, złodziej od siedmiu boleści i życiowa maruda w jednym, jak się przyklei to się nie odklei, ale dla większości Avi. No, to na razie! - zasalutowała, po czym nim Ri zdążyła zorientować się co i jak - brązowy kapturek zniknął, pozostawiając zaklinaczkę samą.

Rima chwilę się gapiła w otwarte okno. - Mam chyba deja vu. - szepnęła. - No nic, mamy teraz dwóch przyjaciół wampirów i pseudo indyka w worku, co to za dużo tam siedzi. Czego chcieć więcej... - wypowiedziała na głos, bardziej do siebie niż do jej towarzyszy, po czym wzięła worek i pomaszerowała do kuchni, oskubać zwierzynę na podwieczorek.

Avriel & Rima

Tu macie komciać :)                              

niedziela, 14 czerwca 2015

Jedni potrzebują przewodnika. Inni idą sami.




Hiro Luize
Jaskółka
Początkiem dzień 21. 10. 19xx
Słowacja.| Ptaszyna z wioski u podnóży Wysokich Tatr.| 19 lat.| Przewodnik górski.|
Końcem dzień 04. 08. 19xx
Duch.|  Lasy Wyspy.| Mgła schronieniem, ostoją i mocą.| Wszędzie i nigdzie.| Wszystkim i niczym.| 



*Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.*

 Fauna niebezpieczna, a flora bogata, to i w gęstych lasach Wyspy Serc pobłądzić bardzo łatwo. Zwłaszcza, jeśli po raz pierwszy ktoś miał wątpliwą przyjemność zawitać w tych okolicach, Więc i nie dziwota, że wielka radość ogarnia- prawie- każdego nowego, czy to człowieka, czy też wampira, gdy po godzinach bezsensownego kręcenia natrafi na ludzką istotę, kroczącą pośród mgły. Chłopca o miłych i głębokich szafirem błyszczących oczach. Z burzą ciemnych niesfornych, a na dodatek przydługich włosów, układanych tylko i wyłącznie przez wiatr. Osoba odziana płaszcz z piór, niczym oskubanych z rajskich ptaków, może wydawać na początku jakby dziwna. Jednak nie jest to dziwność negatywna. Przyciąga, intryguje, wkupuje się w łaski zagubionej istoty. Chwila rozmowy,  ten ładny uśmiech, zapewnienie, że lasy zna lepiej niż ktokolwiek inny i już jest jego. Zaślepiony skazaniec, czy to umarły podąża za Jaskółką w nadziei, że znalazł w końcu kogoś kto pomoże mu w trudnych czasach. Jednak złudne wrażenie, że ptaszyna ta zwiastunem dobrego losu. Chłopak zyskuje większą satysfakcje pozbawiając ich nadziei, niż dając ją. Wyprowadzi, zamota, a potem człowieka zamiast do wioski, odda na pożarcie wampirom, a nowego krwiopijce nie powiedzie do swoich, tylko skaże na wyrok ze strony ludzi.
 Nie jest to jakaś zawiść do jednych, czy drugich. Umysł Jaskółki także nie przesiąkł gniewem, charakterystycznym dla niektórych umarłych. Nikogo jeszcze osobiście nie skrzywdzi, ani żadnej krzywdy wymierzonej drugiemu człowiekowi nie oczekuje. Może to jakaś odmiana złośliwości? Połączona z nudą, która chyba doskwiera każdemu wiecznemu, powstaje mieszanka toksyczna, z której rodzą się właśnie takie działania. Ale on tylko dba, by nowi rozpoczęli swoje życie na wyspie w sposób ciekawy. W jego miewaniu bezpieczne życie, jest istnieniem nudnym.  
Jest Jaskółką. Zwiastunem wiosny. Nowego początku. Niekoniecznie zawsze dobrego. 



*Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku.*

 Zawsze był Jaskółką. Ulotnym, nieuchwytnym ptaszkiem. Nikt nie potrafił za nim nadążyć. Czy to samotnie wychowująca go matka, czy też inni mieszkańcy jego wioski. To oni zaczęli tak go nazywać. Wpierw zaczepnie, żartobliwie, a w końcu głupie przezwisko, tak wpasowało się w uosobienie chłopaka, że wręcz wyparło jego prawdziwe imię. I tak ostatnią osobą, która pamiętała jak się nazywał była jego rodzicielka. Zawzięcie zaklinała ludzi, żeby zaprzestali, tych głupkowatych przezwisk. Przewidując od dawna, jakby przydomek miał się stać prawdą i jej jedyny ptaszek wkrótce odleci z gniazda, niczym taka jaskółka zimy się bojąc. Przecież jak tak? Jeszcze coś mu się mogłoby stać. Wystarczająco dużo zmartwień przysparzał za młodu, gdy zamiast pomagać przy wypasie owiec, ten błądził po górskich halach, a potem nie zagubionej zwierzęcia trzeba było szukać, tylko właśnie jego. Nie dość, że jakoś zawsze był nadpobudliwy i okropnie ciekawski, to jeszcze dochodziła ta, niemająca wytłumaczenia, miłość do gór. Za może i krótkiego życia poznał wiele tajemnic masywów, więc mało kto się dziwił, że gdy dorósł obwołał się przewodnikiem. I rzeczywiście prowadzał ludzi, którzy tak jak on byli ciekawi czegoś więcej niż ujrzeć można było na znanych trasach. Robił to mimo, że matka histerią się zanosiła, co tylko jej ptaszek wyruszał w drogę. I biedna zawsze czekała w sieni, aż wróci. Może i nawet do dnia dzisiejszego. Wyczekuje, aż górskie skały mgłą spowite zwrócą jej syna. 

               Untitled

*Żeby powiedzieć prawdę, to i tak musiałbym skłamać.*

 Chyba najbardziej adekwatną rzeczą, którą można o nim powiedzieć to, że jest dziwny. Nikt nie wie, co siedzi w głowie tej zbłąkanej duszy. Włóczy się pośród mgieł całkiem sam, już od wielu lat i ani widać po nim by robił jakieś poczynania, by ten stan zmienić. Chodź z początków nawet rozważał określenie swej strony. Mógłby się połączyć, stać się dla kogoś ważny, ale potem przemyślenia zniweczyły wszelkie plany. Trudno by mu było znaleźć kogoś, kto zainteresował się życiem w mgle. A nawet jeśli by znalazł to, co by się stało, jakby trafił na kogoś nieporadnego, a tu co nuż słychać, jak się tam na ulicach zarzynają? Polubił swój byt i szkoda byłoby się z nim tak przedwcześnie rozstawać. Zwłaszcza jeśli byłaby to wina osoby drugiej. 
 Coś po prostu w jego umyśle sprawia, że zawsze wolał towarzystwo drzew niż ludzi. Jednak wcale to nie sprawiło, że zdziczał, a od kontaktów z innymi ucieka. Wręcz przeciwnie. Gdy i nuda zmorzy nie boi się zaczepić podróżnika. Z chęcią porozmawia, a jeśli konwersacja stanie się przyjemna i ktoś odważyłby zaproponować mu dokończenie rozmowy przy filiżance herbaty, nie odmówiłby, a nawet pofatygowałby się i przyniósłby ciastka. Potrzebuje tylko osób, którzy potrafiliby tolerować jego dziwność. To jego monotonne rozwodzenie się nad rzeczami bzdurnymi, czy specyficzne poczucie humoru. A także nie obrażą się jeśli ten nagle bez większej przyczyny znikłby w mgle. Co prawda nadal z ptakami może gawędzić, bo słuchaczami są bardzo dobrymi, jednak nieszczęśliwie dość mało mówią. 

                                                      

***
Oszalała! Jakiegoś ptaka wprowadza.
Może ktoś zainteresował się Jaskółką i chciałby go bardziej poznać? Nie? Ale na pewno?
Jeśli jednak, to po wszelkie kontakty odsyłam do Oliviera. c: *on też da się lubić*
Kp może ulec poprawką, jak uświadomię sobie, że taka potrzeba jest.

sobota, 13 czerwca 2015

Bankiet pod znakiem czerwonej posoki #2

- Chyba przesadziłem. - Shin'ichi patrzył nieco zakłopotanym wzrokiem na nieprzytomnego blondyna opartego o ścianę jakiegoś niewielkiego pomieszczenia, do którego wampir wepchnął chłopaka, chowając się tam przed wścibskimi oczami arystokracji razem z nim. Białowłosy nie zauważył nawet kiedy Natsu zemdlał, nieco utrudniając mu plany. Musiał jednak przyznać, że mógł być nieco delikatniejszy i mniej wiarygodny. - Wstawaj szczeniaku, bo cię tu zostawię na pastwę Wagnera! - warknął, dość mocno klepiąc go po i tak już obitych policzkach.
Chłopak otworzył oczy krzywiąc się przy tym niemiłosiernie i odruchowo odsuwając od siebie ręce wampira. Nabrał głębokiego oddechu w płuca starając się sobie przypomnieć co tak właściwie się stało i dlaczego ma przy sobie Shin'ichiego.
- Przepraszam - bąknął kiedy dotarło do niego, że przecież Katsu się na niego wściekł. Bez powodu co prawda, ale jednak. Wciąż uparcie unikał jego wzroku, patrząc gdzieś w bok. Nie zaryzykował jednak wstawania z miejsca, lub jakiegokolwiek ruchu, bo raz... po prostu się obawiał, że padnie, a po drugie... Shin'ichi i tak nie pozwoli mu wyjść. - Proszę... nie mów o tym mojemu panu - poprosił go spuszczając wzrok na trzęsące się dłonie. - Proszę... 
- Przestań mnie przepraszać i pozwól się chwilę pocieszyć faktem, że jednak cię nie zabiłem, bo z każdym twoim przepraszam mam coraz większą ochotę naprawić ten błąd. - mruknął Jedyny, coraz bardziej zirytowany zachowaniem nowego Natsu. Nie żeby zbytnio tęsknił za jego pyskówkami i brakiem szacunku, szczególnie do jego osoby, ale wolał już jego niewyparzony jęzor niż zaryczane oczy. - Ehh... Co ten stary piernik ci zrobił, że osiągnął to o czym ja tylko mogłem pomarzyć kiedy żeś u mnie mieszkał... - westchnął nieco zawiedziony swoimi własnymi umiejętnościami, próbując jakoś zebrać myśli - Uhm... Możesz wstać i nie zaryć od razu twarzą po podłodze, Natsu? - zapytał, chyba po raz pierwszy zwracając się do niego po imieniu.
Blondyn zamknął się na dłuższą chwilę, po raz pierwszy tego dnia skupiając wzrok na twarzy Shin'ichiego. Szukał w niej jakiegoś fałszu, znaku że jednak zaraz wyskoczy potwór i to wszystko się skończy. Nie odpowiedział mu też na ani jedno pytanie, jedynie uważając by mocniej zsunąć bluzę. Nie chciał mu pokazywać w jak opłakanym stanie jest. Potrząsnął jednak głową w odpowiedzi na drugie pytanie.
- Nie dam rady - dodał cicho. - Znaczy... - zagryzł wargę ważąc słowa, które zaraz miał powiedzieć - ...dam, dam... tylko... potrzebuję chwili czasu - uśmiechnął się słabo. Przecież miał być samowystarczalny.
- Gówno prawda, nie dasz rady - skwitował krótko Shin'ichi, dając mu jeszcze raz po twarzy - Obudź się szczeniaku i przestań udawać twardziela, bo jeszcze przed chwilą mało w gacie nie narobiłeś, nie mówiąc już o stracie przytomności i beczeniu na środku sali jak mała dziewczynka - warknął, nie mogąc się powstrzymać, by jeszcze raz porządnie mu nie przyłożyć. - Nie próbuj nawet wstawać idioto, bo zaraz piach będziesz gryzł, i to ja będę miał przez ciebie przesrane u Wagnera, za to, że zabiłem jego ulubioną maskotkę.
- Chociaż raz nie ja - wymsknęło mu się, ale zaraz ugryzł się w język, bo przypomniał sobie że nie warto pyskować. To nic dobrego mu do tej pory nie przyniosło, a przynajmniej od kiedy wrócił od tego tu osobnika, co to przed nim teraz klęczał. Wagner zmienił się nie do poznania. Zaczął go karać za każde, nawet najmniejsze przewinienie. W końcu doszło do tego, że Natsu zaczął obawiać się cokolwiek zrobić. - Zabij mnie - powiedział całkowicie poważnie. - Weź mnie wreszcie zabij! Przecież tego chcesz... od dawna - jęknął cicho, posłusznie jednak siedząc na swoim miejscu i nie próbując jeszcze wstawać.
Shin'ichi spojrzał zaskoczonym wzrokiem na człowieka, nie mogąc uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Po prostu go zatkało i to tak bardzo, że nieświadomie odsunął się nieco od niego. Dopiero po chwili doszedł do siebie, nie wpadając wcale w gniew, jakby mogło się wydawać Natsu, a jedynie trochę posępniejąc.
- Dlaczego wszyscy ostatnio chcą, żebym ich zabił... - westchnął smutno wampir, przejeżdżając dłonią po jasnych włosach - Widocznie rzeczywiście się tylko do tego nadaje.
Blondyn nie wiedział jak na to zareagować, jednocześnie nieco odetchnął z ulgą że śmierć jeszcze nie nastąpiła. Nieświadomy tego, że rękaw bluzy nieco mu się podwinął odsłaniając obtarcia po wiązanych nadgarstkach oraz liczne sińce, poczochrał Katsu po głowie. Tak całkiem odruchowo i zupełnie po ludzku. Na swój własny sposób chcąc mu dodać otuchy.
- Tak tylko żartowałem - wykrzywił usta w słabym uśmiechu.
Wampir spiorunował go wzrokiem, po czym palnął w łeb już bez żadnego zahamowania.
- Jakbyś tego jeszcze nie zauważył, ale nie jestem typem żartownisia - powiedział, nie potrafiąc jednak ukryć faktu, że kąciki ust nieco podniosły mu się do góry - Poza tym nie dotykaj włosów! Szczególnie tymi brudnymi łapami - warknął, szczerząc do niego kły, które jednak zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
- Prze... - blondyn musiał się mocno ugryźć w język by nie powiedzieć tego cisnącego się mu na usta słowa. Wycofał się jednak, gdy tylko zobaczył kły wampira, opuszczając przy tym dłoń i wciskając się mocniej w ścianę pomieszczenia. Syknął zaraz, gdy jego plecy rozjarzyły się ogniem i postarał się nieco spasować. - Jasne... twój idealny fryz... nie może zostać zbrukany - wymamrotał, próbując nieco uspokoić szalejące serce.
- Dobra, chyba nie mam podejścia do żywych - jęknął, widząc do jakiego stanu znów doprowadził chłopaka. Jeżeli tak dalej pójdzie, to rzeczywiście będzie musiał pomyśleć o tym co powie Wagnerowi, gdy ten znajdzie martwego blondyna. - Ta... Pamiętasz jak przed chwilą chciałeś, żebym cię zabił? - zapytał, raniąc się ostrymi kłami w nadgarstek, patrząc jak szkarłatne krople krwi spływają po jego alabastrowej skórze - Nie jestem św. Mikołajem. Nie spełniam cudzych życzeń, a już na pewno nie uszczęśliwiam ludzi. - warknął, znów podnosząc głos i brutalnie wepchnął mu swój nadgarstek w usta - Pił, albo pomyślę jeszcze nad twoją prośbą.
Chłopak złapał jego dłoń i gwałtownie ją od siebie odsunął wypluwając wampirzą krew na podłogę, po czym oczyścił jeszcze z niej usta rękawem bluzy.
- Ty naprawdę chcesz mnie zabić - jęknął patrząc mu teraz prosto w oczy. - To twoja wina, że on taki jest. Gdyby nie ten pobyt u ciebie... nie zrobiłby się zazdrosny - fuknął zaciskając mocno pięści. Te słowa wymagały od niego całkiem sporego kawałka odwagi, której teraz posiadał jedynie strzępki. - Od tamtego momentu taki jest... jak się jeszcze dowie, że chciałeś mnie uzdrowić to nie wyjdę z pokoju do najbliższej gwiazdki i nie będzie to przyjemny tam pobyt! - podniósł nieco głos, dygocząc nieco. Nic nie mógł na to poradzić. Przeraźliwie bał się gniewu Wagnera, bo miał już z jego rozwścieczoną formą do czynienia. Wyciągnął z kieszeni spodni nóż nasiąknięty werbeną i wycelował go Shin'ichiego. - Nie zbliżaj się do mnie - wymamrotał.
Wampir wybuchł głośnym, ostrym śmiechem, znów tak bardzo przepełnionym lodem jak gdy po raz pierwszy się spotkali. Bez trudu wytrącił nóż z ręki bardzo osłabionego chłopaka, po czym kopnął go na drugi koniec pomieszczenia, gdy broń z głośnym brzdękiem spadła na ziemię.
- Twoje problemy, to moja wina, tak? - spytał z wyrazem furii na twarzy i przygwoździł go do ściany, pozwalając się ponieść gniewowi. Jego oczy przybrały szkarłatny wyraz twarzy, a zęby znów się wyostrzyły, kiedy zbliżył je do twarzy przerażonego blondyna. - W takim razie teraz ty mnie posłuchaj. Moje nie życie było zawsze poukładane i idealne i wciąż by takie było, gdybyś tamtego dnia nie spieprzył swojej pracy. Namąciłeś mi do cholery w głowie i teraz cała wyspa stoi na głowie. Dlatego z łaski swojej przestań się opierać i pozwól mi uratować to swoje pieprzone życie, żebyś się mógł nim kurwa cieszyć, bo w przeciwieństwie do mnie na twoje życie czyha tylko Wagner, kiedy cała reszta zastanawia się jak mnie wysłać do piekła.
Blondyn jęknął głucho, kiedy uderzył o ścianę, po czym oparł się na kolanach dysząc ciężko. Nie zdołał jednak nawet się wyprostować, gdyż Shin'ichi niemal natychmiast był tuż przy nim. Spojrzał mu prosto w oczy już nie widząc wampira, tylko rozszalałą bestię. Odruchowo wcisnął mu między zęby swój nadgarstek dociskając go ze wszystkich swoich sił do jego buzi. Poczuł wgryzające się w niego kły i przymknął na moment oczy.
- Niby w czym ci namieszałem? To nie moja wina, że zachciało ci się mnie brać do siebie - wychrypiał. - Wolałbym całą resztę, niż Wagnera... nie masz pojęcia - wysapał cały czas trzymając rękę przy ustach Katsu. - Jak to jest... kiedy ktoś... komu ufasz... nagle zmienia front - zagryzł wargę. - Nie masz pojęcia! Skąd mógłbyś wiedzieć jak to boli?! - zapytał go chłodno uderzając drugą ręką w jego pierś, w miejsce gdzie powinno znajdować się bijące serce. - Zamieniacie się w potwory i zapominacie o tym co znaczy żyć... i to życie... cenić. Wymieniacie to na ból...i cierpienie... które przynosi wam chorą satysfakcję! - docisnął swój nadgarstek jeszcze mocniej do jego twarzy, już nic nie widząc przed sobą. - Jak mam.... jak mam znowu wam... zaufać? - zapytał go bezradnie.
Shin'ichi zawahał się przed wyrwaniem swoich kłów z nadgarstka Natsu. Od razu zamierzał się od niego odsunąć, kiedy tylko jego wargi poczuł jego ciepłą skórę, głód był jednak od niego silniejszy. Smak ludzkiej krwi natychmiast uderzył mu do głowy, uaktywniając instynkt łowcy. Był wampirem. Potworem bez serca, co zdążył już mu wytknąć chłopak. Zwykłym mordercą i sadystą pozbawionych wszelkich skrupułów. Dlaczego miałby walczyć ze swoją własną naturą. Może powinien się jej poddać i znów stać się pozbawioną uczuć maszyną do zabijania. Przecież tak byłoby o wiele prościej. Może powinien tu i teraz zabić człowieka tak jak robił to kiedyś jedynie z czystej żądzy mordu. Shin'ichi tak bardzo chciał to zrobić. Zatopić w krwi wszystkie ślady człowieka w nim i na nowo stać się prawdziwym tyranem na wyspie. Zapomnieć o wszystkim i wszystkich. Nie martwić się o nikogo oprócz samego siebie. Znów być szczęśliwy, wolny i... sam. Sam jak palec w czterech ścianach swojej rezydencji.
- Nie mam pojęcia. Bo dotychczas po prostu nie pozwalałem nikomu się do siebie wystarczająco zbliżyć, by zostać zranionym - powiedział zaskakująco spokojnym głosem, odrywając od siebie blondyna - Ale, gdyby nawet... Nie znam tego uczucia, tak samo jak innych. Nie potrafię się cieszyć, ani tak naprawdę śmiać. Nie umiem płakać, ani żałować. Nie wiem co to znaczy kochać, czy być kochanym. Czuję jedynie to co tutaj mam. Czyli nic. Kompletną pustkę - warknął przez zęby, wskazując ręką na swoją klatkę piersiową, a gdzie jeszcze przed chwilą spoczywała dłoń Natsu. - Dobrze, że ktoś zapytał się mnie o zdanie, zanim mnie na to skazał - dodał i odwrócił się do niego plecami, kierując się w stronę drzwi.
Pewnie gdyby jeszcze miał ku temu siły zaprzeczyłby mu, albo powiedział coś co choć trochę załagodziłoby jego oskarżenie, ale kiedy Shin'ichi odsunął go od siebie opadł bez sił na podłogę i oparł delikatnie o chłodną ścianę opierając o nią swe rozpalone czoło.
- Ale to był twój wybór by zapomnieć o swym człowieczeństwu. Twój świadomy wybór... i nikogo nie możesz za to winić - wymamrotał pod nosem, po czym dźwignął się na nogi, po drodze zabierając swój sztylet. Musiał mocniej złapać się ściany by utrzymać równowagę. Zrobił kilka kroków w stronę Katsu i wówczas drzwi otworzyły się, a stojący w nich mężczyzna upuścił zastawę. Oczy rozszerzyły mu się ze strachu a z gardła wyrwałby się krzyk, gdyby nie reakcja blondyna. Nieco odruchowa. Gwałtownie rzucił nożem, trafiając człowieka wprost w szyję.
Dopiero, kiedy ten padł na podłogę, a czerwona posoka rozlała się po posadzce, Natsu zamrugał kilkakrotnie blednąc na twarzy. Sic! To nie tak miało być! Upadł na kolana obok ciała człowieka.
- Cholera - bąknął zaciskając dłonie na ranie mężczyzny, chcąc ją rozpaczliwie zatamować. - Nie umieraj, nie umieraj - jęknął. Zaczynało do niego docierać, że właśnie stał się mordercą. Zabił, by samego siebie uratować. Wiedział, że krzyk mężczyzny sprowadziłby tu rzeszę wampirów, w tym Wagnera... a to mogłoby mieć zgubne skutki nie tylko dla niego.
Białowłosy wampir tylko parsknął krótkim śmiechem przyglądając się całej tej scenie. Musiał przyznać, że nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie ukrywał jednak, że była to dla niego niezwykle przyjemna niespodzianka.
- Jak miło widzieć, że nie tylko ja tracę powoli człowieczeństwo - powiedział z uśmiechem na twarzy i od niechcenia szturchnął stopą umierającego mężczyznę - Różnica jednak między nami polega na tym, że ja zabijam, bo muszę się czymś żywić. Ty zabiłeś, by uratować swój nic nie warty tyłek.
Zęby coraz bardziej swędziały wampira, kalecząc mu wargi, gdy próbował powstrzymać się przed rzuceniem na służącego. Choć perspektywa opicia się ludzkiej krwi za wszystkie czasy naprawdę kusiła, przyjemniej było mu patrzeć na nieudolne próby Natsu w ratowaniu i tak już straconego życia mężczyzny.
- Witam cię Natsu serdecznie, jako oficjalnego mieszkańca tego piekła - powiedział, powoli nachylając się do niego i zbliżając usta do jego ucha - Jak to jest zabić jednego ze swoich, potworze?
- Pomógłbyś mi... uratował go, a nie - chłopak nacisnął mocniej na ranę dłońmi, tym samym brudząc się doszczętnie w jego krwi. Równie gwałtownie wysunął nóż z rany człowieka i wbił go w ramię Shin'ichiego by na moment zetrzeć ten jego pogardliwy uśmiech i zagłuszyć ból towarzyszący słowom przez niego wypowiedzianym. Ból duszy, rozrywający go na strzępy i przyprawiający o gęsią skórkę. Wampir miał rację. Był potworem.
- Ratowałem też twój tyłek, pajacu - zarzucił mu mimowolnie wracając do części siebie samego sprzed paru miesięcy. Części, którą niemalże utracił. Teraz jednak musiał zachować zimną krew. - Uratuj go... proszę.
Wampir lekko się skrzywił i syknął z bólu, wyciągając nóż z ramienia. Samo narzędzie nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Pewnie nawet by go nie zauważył, gdyby nie został nasączony w wywarze z werbeny, co wyraźnie odczuł w postaci palącego niczym żywym ogniem bólu i brakiem szybkiemu zasklepieniu się rany.
- Oczekujesz ode mnie pomocy? - zapytał kpiąco, podrzucając nóż w ręce - Chciałem ci pomóc kilka minut temu, a ty wyraźnie pogardziłeś mną i moją krwią. Dlaczego miałbym znów próbować komukolwiek pomóc, a co dopiero tak bezwartościowemu człowiekowi jak ty? - Z szyderczym uśmiechem na twarzy i bez jakiegokolwiek mrugnięcia okiem, Shin'ichi zacisnął mocniej palce rączce noża i jednym szybkim ruchem wbił go w nogę wykrwawiającego się mężczyznę. - Podaj mi chodź jeden sensowny powód, dlaczego miałbym kogokolwiek ratować? Przecież sam powiedziałeś, że jestem potworem, który nie potrafi cenić życia.
Natsu zatrząsł się na widok tego okrucieństwa i spiorunował go spojrzeniem. Nadal trzymając dłonie przy ranie mężczyzny. Zagryzł mocniej wargi, spoglądając cały czas na Katsu. Szukał w myślach odpowiedniego powodu, ale nie był pewien czy cokolwiek by go powstrzymało.
- Jak nie chcesz mi pomagać to zrób to dla niego. Przecież on niczemu nie zawinił, a ja... ja... - potrząsnął przecząco głową. - Będziesz takim samym potworem jakim jestem ja, gdy mu nie pomożesz... zabijesz tak jak ja... bezmyślnie i wcale nie będziesz miał z tego posiłku - wymamrotał, po czym dorzucił szeptem. - Nie daj mi zamienić się w potwora, proszę...
- Natsu, co tu się dzieje?! - Wagner znalazł się tuż przy chłopaku, nagle patrząc na niego zatroskanym spojrzeniem. Natsu zesztywniał odrobinę. Jedno spojrzenie na przerażone oblicze blondyna, który wciąż rozpaczliwie próbował zatamować krwawienie wystarczyło mu na wyciągnięcie błędnych wniosków. Zmroził spojrzeniem Katsu, chowając blondyna w swoich objęciach. - Zostaw go. Już nic na to nie poradzisz. Pozwól mu odejść - pogłaskał chłopaka łagodnie po głowie.
- Nie, nie, nie - Natsu pokręcił przecząco głową, odpychając go od siebie. - Nie dajcie mu umrzeć do cholery jasnej - krzyknął na nich obojgu. - Przecież macie siłę, by go uratować!
Shin'ichi drgnął lekko, zawahawszy się co do słuszności podjętej przez niego decyzji. W żadnym wypadku nie zamierzał już nikomu dziś ratować życia, prosząc o argument jedynie po to, by znęcić się psychicznie nad chłopakiem. Nie sądził, że temu uda się podać powód na tyle mocny, żeby wywołać u wampira coś na kształt wyrzutów. W chwili jednak, gdy się o tym zorientował było już za późno na jakikolwiek akt dobroci z jego strony, gdyż do ich małego zgromadzenia postanowił dołączyć sam pan domu.
- Po diabli cię tu przywiało, Wagner! - warknął do arystokraty, nie próbując już ukryć kłów - Wracaj lepiej do swoich gości o niż wtrącaj się w cudze sprawy! - dodał, mając nadzieję, że jak,najszybciej pozbędzie się stąd wampira.
 - Słucham?! - Wagner obnażył swoje kły i złapał Shin'ichiego za poły marynarki mocno przyciskając go do ściany. Oczy zaszły mu mgłą i zmieniły swój kolor na krwistoczerwony. - Atakujesz moich ludzi, jednego doprowadzasz do śmierci i śmiesz twierdzić, że to nie moja sprawa?! - wrzasnął na niego wgryzając się bez ostrzeżenia w szyję wampira i szarpiąc go mocno. Kompletnie zapomniał już o istnieniu umierającego sługi oraz zrozpaczonego Natsu, który teraz już kompletnie stracił wszelaką nadzieję. Patrzył tępo na oba wampiry, szepcząc pod nosem "przepraszam" niczym mantrę. Tę mantrę kierował jedynie w stronę już leżącego obok niego trupa.
- Że co?! - warknął w odpowiedzi zaskoczony Shin'ichi. Nie otrzymał jednak od Wagnera żadnych wyjaśnień, który nie czekając nawet na te ze strony Katsu, zaatakował go, nie dając żadnej możliwości obrony swojej osoby.
Białowłosy poczuł jak kły gospodarza rozrywają jego gardło. Jakie było to upokarzające dla każdego wampira, gdy inny nieumarły próbując pokazać swój gniew lub dominację żywił się na nim. Tego Shin'ichi po prostu nie mógł znieść. Gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział , co tak naprawdę było tylko kwestią czasu, byłby skończony, a i tak już nie ma lekko.
Wampir szybko oderwał od siebie napastnika i z całej siły pchnął nim o ścianę. Sam natomiast lekko się zatoczył i musiał nieco podeprzeć na jakimś meblu, nim odzyskał całkowite panowanie nad ciałem.
- No to wiem już jak to boli, kiedy ktoś zmienia fronty - szepnął cicho do siebie, wspominając wcześniejszą rozmowę z Natsu.
Gniew Wagnera jednak był nie do powstrzymania. Wampir zatracił się w nim całkowicie. Szafka, na którą wpadł nagle znalazła się w jego dłoniach. Podniósł ją, jakby nie ważyła całkowicie nic, po czym cisnął nią w Shin'ichiego, a kiedy ten zrobił unik dopadł do niego uderzając ze wszystkich sił. Arystokrata przeleciał na drugą stronę korytarza i nawet nie otrzymał szansy na odetchnięcie, gdyż właściciel domu znów znalazł się obok niego, ponownie rozpoczynając posiłek.
- Przychodzi taka szumowina do twojego domu i śmie uśmiercać mi podwładnych - złapał go mocno za gardło ściskając je ze wszystkich sił.
Katsu głośno jęknął znów czując się jakby okradano go z życia. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy właśnie tak czują jego wszystkie ofiary, kiedy powoli i bez pośpiechu wysysa z nich całą krew.
- Ja ci dam szumowinę. - zarzęził z trudem chłopak, wypluwając nieco krwi prosto w twarz Wagnera, jeszcze bardziej go tym rozwścieczając.
Shin'ichi po raz kolejny odepchnął od siebie napastnika, ale za wiele mu to nie pomogło, gdyż tamten ruszał już do kolejnego skoku na niego. Był osłabiony dużą utratą krwi i palącym bólem, który poczuł w prawym ramieniu, gdy próbował zaatakować. Zamiast jednak tego został raniony czymś ostrym, co, jak od razu poczuł, również zostało wcześniej namoczone w werbenie. Wiedział, że jeżeli zaraz czegoś nie zrobi, to będzie to jego koniec.
Wagner po raz kolejny obnażył swoje kły okładając go teraz pięściami, ale kiedy miał już znów zatopić w ciele swojego przeciwnika, ni stąd ni zowąd wyrósł przed nim Natsu i Toshiya omal nie zdążył zahamować.
- Znikaj stąd smarku - poradził chłopakowi, nie chcąc mu robić większej krzywdy, gdyż widział wyraźnie malujący się ból na spoconej twarzy dzieciaka. - To nie twoja walka - dodał łagodnie odsuwając go od siebie, ale blondyn uczepił się jego ramienia.
- Toshiya-san - szepnął próbując zwrócić na siebie jego uwagę. - Shin-chan nic nie zrobił... to ja, ja.... - zagryzł mocno wargi naprawdę obawiając się do tego przyznać. - Ja go... zabiłem - oznajmił w końcu śmiertelnie poważny. Spuścił przy tym wzrok i wbił je w swoje buty czekając na grom z jasnego nieba.
- Coś ty powiedział?! - Wagner złapał go za poły koszuli i podciągnął do góry tak, by móc mu spojrzeć prosto w oczy. Mierzył go wściekłym spojrzeniem, nie wiedząc co w takiej sytuacji powinien zrobić. Nie sądził, by ten dzieciak mógł zabić... a jednak. Nie widział w spojrzeniu chłopaka żadnego fałszu, ani kłamstwa by ochronić ledwie dychającego wampira. Splunął więc mu w twarz i równie szybko sprowadził go do parteru, przyciskając nadgarstek chłopaka do twarzy Shin'ichiego. - Pij - polecił wampirowi. - Do dna.
Shin'ichi otworzył szeroko ze zdziwienia oczy, nie wiedząc czy jest bardziej zaskoczony heroicznym czynem Natsu, który jakby nie patrząc ocalił mu jego nieżycie, czy też reakcją Wagnera na o wszystko, który dał mu do zrozumienia, że ma pić z jego maskotki, dopóki ten nie padnie.
- Pieprz się, Toshiya. Mało ci jeszcze trupów. - warknął, co bardziej zabrzmiało jak jęknięcie bólu niż otwarty akt agresji.
Wampir szybko, na tyle ile tylko pozwalały mu obrażenia, odsunął od siebie Natsu, parskając przy tym śmiechem. Bo w końcu czy ironią losu niż było to, że przed chwilą to on oferował mu swoją krew.
- Zacznij lepiej traktować swoje zabawki. - dodał po chwili, niepewnym krokiem kierując się w stronę martwego ciała mężczyzny. Podniósł je z lekkim trudem, chwilę wcześniej spoglądając ukradkiem na Natsu przepraszającym wzrokiem. - Powiedzmy, że teraz to ja go zabiłem - powiedział i zatopił kły w jeszcze ciepłej szyi człowieka.
Blondyn odwrócił wzrok, nie chcąc już na to patrzeć. Wcale nie zrobiło mu się lepiej po słowach mężczyzny. Poczuł też, że silne ręce stawiają go do pionu i szarpią w stronę jego pokoju. Toshiya złapał łańcuch zwisający z sufitu i szybkim ruchem nałożył go dzieciakowi na ręce po czym podciągnął go tak, by ten mógł ustać jedynie na palcach. Uśmiechnął się do niego krzywo, dopełniając wszystko czarną opaską na oczy.
- Biorę sobie do serca słowa Katsu i zaczynam wychowywać moje zabawki - szepnął chłodno tuż do jego ucha. - Mam nadzieję, że przemyślisz swoje postępowanie i kiedy już zdecyduję, że dość się wycierpiałeś, będziesz potulniejszy - klepnął go jeszcze w policzek, po czym wymaszerował, zamykając za sobą drzwi na klucz. Zaraz też znalazł się przy Shin'ichim.
- Przepraszam - warknął zdobywając się na to słowo, choć paliło go w ustach. - Niesłusznie cię oskarżyłem. Możesz być jednak pewien, że sprawca całego zamieszania zostanie wystarczająco ukarany.
- Nie wątpię w to - westchnął i kulejąc poczłapał w stronę wyjścia z miną zbitego psa. Nie wyszło mu to w żadnym stopniu, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że to nie on, a Natsu odpowie za jego idiotyczną chwilę słabości.

środa, 10 czerwca 2015

A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć.


{ Imię } Nazywam się Mavis, co oznacza ,,piosenka''. Lubię muzykę, ale nie jest dla mnie niczym więcej jak tylko ulotną melodią. Podoba mi się to imię tylko dlatego, że brzmi dobrze, jest krótkie i...i...i tyle.
{ Nazwisko } Hattori, od zawsze było mi bliskie.... W sumie to chyba jedyna pamiątka po moim poprzednim wcieleniu i bliskich. * prychnęła* Kto by się spodziewał takiego obrotu sytuacji?!
{ Wiek } 17 lat. Dla mnie jest to okres takiego buntu, powinnam przeżywać problemy o treści : chłopcy, imprezy, prawo i takie tam... W sumie to z prawem mam nadal problemy * śmiech* Rety..rety... ciężko się dopasować.
{ Data narodzin }  6.06.xxxx
{ Data śmierci } Mój zegar życia zatrzymał się dnia dokładnie w Zaduszki, czyli 2 listopada.
Nic się nie da zmienić: statystycznie wypada jedna śmierć na jednego człowieka.
{ Pochodzenie } Pochodzę z Nowego Jorku. Mieszkałam w Brooklynie... Z pozoru przyjemne miasto, ale jak się mu dokładnie przyjrzysz to zauważysz rozwalające się budynki, śmieci na ulicy, niedopałki papierosów i nie tylko... Jednakże lubiłam to miejsce, było dla mnie takim punktem zwrotnym... Wiele wspomnień ... * wzdycha i odwraca głowę*
Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń,
jest tylko zupełnie inne.
{ Miejsce zamieszkania } Przeklęte Miasto
{ Zawód } Nim umarłam dorabiałam sobie na boku jako kasjerka w sklepie spożywczym - zawsze coś!
 { Rasa } Wampir ( republikan ) Udawanie jednego z jedynych jest ciężkie... * warczy* Nienawidzę ich, siebie i wszystkich zarazem. Kij wam w żebro! Jednakże przyznam, że mam coś w sobie ze zdrajcy. Brzydzę się sobą, ale co poradzić? Taki mój los. * zaciska dłonie*
{ Charakter } To kim się stałam bardzo silnie wpłynęło na moja psychikę. Nienawidzę siebie i innych, wszyscy są tacy sami a mianowicie : Przebrzydłymi frajerami bez serca... Może dla tego wyspa martwych serc? Bo brak nam serca? Cały czas udaję. Nie lubi
ę pić krwi, a jednak to robię! Przedstawienie trwa! Na uboczu pożywiam się krwią zwierząt, gdy inni nie patrzą. Czasami przyznam dostaję ataków paniki. Zaczynają mi drżeć dłonie, a później dzieją się różne rzeczy... Takie jak niepohamowany płacz przepleciony śmiechem. Potrafię sobie nawet rozdrapać gardło do krwi... ( z stąd ta blizna).
„W życiu najczęstsze są dwie sytuacje: albo coś spieprzyłeś,
albo ktoś kazał ci spieprzać”
{ Połączenie } Nie posiadam żadnego połączenia.
{ Stanowisko } W sumie to jestem nikim...
{ Broń } Mą bronią są dwa pistolety. Noszę je zawsze przy sobie, więc lepiej uważaj!
{ Przyczyna śmierci} Człowiek przez swoją nieuwagę, może zabić kogoś innego. Jednakże tak ze mną nie było. Umarłam broniąc mojego brata ( 10 lat). Pewnego dnia zostałam sama z nim w domu... Oglądaliśmy jakiś głupi film w telewizji, gdy nagle Leo ( bo tak się nazywał) postanowił się czegoś napić. Siedziałam dalej rozłożona na kanapie jedząc popcorn do momentu w którym nie usłyszałam dźwięku tłuczonego szkła. Zerwałam się z sofy i stanęłam jak wryta. W kuchni było jeszcze dwóch mężczyzn, nie wyglądali na serwis naprawczy... Jeden z nich zakrywał Leonowi usta a drugi grzebał nam po szafkach.
- Leo! - wrzasnęłam i rzuciłam się na złodzieja.
Zaczęła się szarpanina. Porywacz cisnął moim braciszkiem o ścianę i zajął się mną. Starał się mnie złapać, ale byłam szybka i zwinna. Kopnęłam go w krocze po czym upadł na podłogę z piskiem. Dodatkowo kopnęłam go w twarz. Jednakże kompletnie zapomniałam o drugim przeciwniku. W tej chwili rozległ się huk od pistoletu. Upadłam na kolana. Co się stało? Spojrzałam na swoją pierś i ujrzałam krew...
- Leo... - upadłam na płytki z przeraźliwym krzykiem.
Nasi oprawcy w panice zaczęli uciekać a mój braciszek dobiegł do mnie jednocześnie wykrzykując moje imię. Umierałam, wiedziałam, że za chwilę odejdę. Dotknęłam jego policzka i z moich ust dało się słyszeć jedyne...
- Przepraszam... - po chwili zamknęłam powieki.
Uśmiech by­wa ak­tem męstwa, smu­tek to słabość i pos­ta­wa zbyt wy­god­na.
Być ra­dos­nym i dob­rym, kiedy świat jest smut­ny i zły, to do­piero odwaga.
{ Wyglad } Jestem brunetką ( proste włosy do ramion) o szaro-niebieskich oczach. Moja cera jest blada ( gdyż wampir) Jednakże gdy się zdenerwuję moje oczy stają się czerwone niczym krew... Jestem przeciętnego wzrostu. Zazwyczaj ubieram się na czarno, lubię nosić koszulki z dziwnymi napisami.
{ Historia} Co mam powiedzieć? Kiedyś miałam życie jak księżniczka, teraz nie mam nic.
{ Zainteresowania } Nie posiadam jakiś większych zainteresowań. Lubię za to palić papierosy.  Lubię także upszykszać innym życie lub je kończyć. Tak jestem mordercą * ukłon*  Świat mnie zabił, ja zabiję go! * odchodzi*
A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć.


Numer gg ( 38498093)
yukocaligo@gmail.com

Ohayo! :D Witam się z wami i co... liczę na jakieś wspólne notki ^^ :3

sobota, 6 czerwca 2015

Bankiet pod znakiem czerwonej posoki #1

Shin’ichi westchnął ciężko, kątem oka spoglądając na otaczający go tłum arystokratów, zastanawiając się co on tutaj właściwie robi. Nigdy nie należał do towarzyskich osób i tak naprawdę nie przepadał, za tego typu spotkaniami. Nie miał obecnie ochoty, ani czasu na żadne zabawy czy głupie pogaduchy przy sztucznych śmiechach i zachwytach innych wampirów, gdy on sam nawet nie próbował udawać zachwyconego przyjęciem. Na bankiety przychodził tylko, gdy chciał bez wysiłku napić się ludzkiej krwi, która od jakiegoś czasu niezbyt często pojawiała się w jego diecie lub kiedy miał do omówienia coś ważnego z wyżej postawionymi Jedynymi. Tym razem niestety zaszczycił Wagnera swoją obecnością z mniej przyjemnego powodu.
- Co ja mam do cholery z tym zrobić, Wagner? Zero świadków i śladów, ale mamy wśród nas trupa, a kto wie, kiedy pojawią się kolejne. – powiedział, wypijając kolejny kieliszek krwi.
- Zostań na baczności. Obserwuj - odparł tylko gospodarz, obracając swój kieliszek w dłoni i wodząc po sali spojrzeniem. - Złap na gorącym uczynku. Nie jesteś w stanie zapewnić bezpieczeństwo wszystkim. Postaraj się chociaż to zrobić na swoim grajdołku - dodał upijając wreszcie łyk krwi. Skrzywił się, bo nie była to jego ulubiona, jeszcze gorąca krew, tylko wstrętna mrożonka. Z lekkim zirytowaniem rzucił kieliszek na ziemię, pozwalając mu się rozbić w drobny mak. Dopiero wówczas przywołał swoich dwóch służących, by to posprzątali, a sam złapał za brzeg bluzy kręcącego się w pobliżu Natsu, przyciągając go do siebie i bez ostrzeżenia wbijając swe kły w jeszcze niezagojone miejsce jego wspaniałego pokazu siły dnia poprzedniego. Chłopak jednak nawet nie mrugnął. Stał tylko wpatrując się przed siebie niewidzącym wzrokiem i czekał. Nie musiał długo czekać. Wagner jedynie umoczył kły w jego krwi i oblizał wargi z wyraźną satysfakcją. 
- To rozumiem - zauważył w zdecydowanie lepszym humorze. Puścił chłopaka i przepraszając Shin'ichiego oddalił się by pokonwersować z innymi wampirami. Najwyraźniej nie miał ochoty na smęcenie. 
Natsu tymczasem zakrył świeże zranienie dłonią, dociskając ją do szyi nieco mocniej. Skrzywił się nieco, odsuwając od stojącego nieopodal Shin'ichiego. Nie chciał nikomu wchodzić w drogę. Miał tylko wykonać swą robotę i nie zamierzał dzisiaj nawalić. Wystarczyło mu, że bolało go podczas robienia każdego, najmniejszego ruchu, a temperatura nie pozwalała mu się skupić na czymkolwiek dłużej niż dziesięć minut. Jak przez mgłę zarejestrował przed sobą Shin'ichiego i stwierdził, że zwłaszcza jemu nie chciał wchodzić w drogę.
- Świetna rada, stary pryku, szczególnie kiedy następnym razem to ciebie będę pakował do czarnego wora. - warknął białowłosy wampir, stukając palcami w puste szkło - Może to wcale nie taka głupia perspektywa. - dodał po chwili do siebie nieco zamyślony.
Tak naprawdę nie na rękę była mu śmierć kolejnego szanowanego Jedynego, a szczególnie takiego jak Wagner, który mimo wszystko czasem bywał użyteczny. Miał już po prostu już dość tego wszystkiego. Niepotrzebnie pozwolił sobie na chwilę nieuwagi, która doprowadziła do takiego bałaganu na wyspie. Wszystkie wampiry robiły sobie co tylko chciały, a szczególnie Republikanie, którzy znakomicie wykorzystali moment jego słabości i rozbestwiły się, stawiając się na równi z arystokracją. Potem wynikają z tego takie problemy jak ten przeklęty ślub. Martwy wampir i jego świeżutka żona o podejrzanym pochodzeniu, która natychmiast stała się najbogatszą Republikanką. Żarty po prostu.
- Człowieku! - krzyknął Katsu, spoglądając na Natsu pogardliwym wzrokiem - Napełnij. - rozkazał, wskazując dłonią na pusty kieliszek.

Shin'ichi musiał przyznać, że czuł się nieco dziwnie mówiąc tak do chłopaka. Przyzwyczaił się do niego podczas tego krótkiego tygodnia, który nastolatek spędził w jego domu. Mógł się nawet pokusić o stwierdzenie, że go nawet polubił. Nie mógł jednak pozwolić, by ktokolwiek inny się o tym dowiedział, a tym bardziej sam Natsu. Fakt ten mógł być kolejnym gwoździem do jego trumny, która ostatnim czasem i tak nieubłaganie widniała na horyzoncie jego pozycji społecznej.
Chłopak w tym krótkim czasie, zdołał jedynie zejść Shin'ichiemu z drogi i przystanąć przy filarze trochę na uboczu, starając się zostać niewidzialnym. Przyszło mu na myśl, że będzie musiał sprawdzić czy to w ogóle jest możliwe, ale szybko zgubił tę myśl w natłoku kilkudziesięciu innych i dopiero chłodny głos wampira przywrócił go do rzeczywistości. W pierwszej chwili odruchowo zrobił kilka kroków w jego stronę, jakby chcąc mu napełnić kieliszek swoją własną krwią, ale w porę się zreflektował i chwycił dzbanek z najlepszym afrodyzjakiem wampirów i nieco chwiejąc się na nogach podszedł do niego. Skrzętnie unikał jego spojrzenia, nie chcąc mu podpaść pod żadnym pozorem.
- Pan raczy wybaczyć - wymamrotał kiedy przechylał dzbanek drżącą od wysiłku dłonią. - Straszna ze mnie niezdara - usprawiedliwił się. Na szczęście większość wampirów kwitowała to pogardliwym spojrzeniem lub lekceważącym machnięciem ręki, więc łatwo było zatuszować swój prawdziwy stan. - Jeśli mogę zapytać... co pana tak trapi? - zainteresował się całkiem niechcący.
Wampir jedynie prychnął pogardliwie w odpowiedzi, nie zwracając zbyt dużej uwagi na Natsu. Wciąż czuł jednak na sobie wzrok innych nieśmiertelnych, którzy wyraźnie nie byli usatysfakcjonowani takim pobłażaniem zuchwałego zachowania człowieka.
- Nie powiedział ci nikt wcześniej, że jedzenie i ryby głosu nie mają, smarkaczu? - wywarczał przez zęby, piorunując go spojrzeniem zielono-niebieskich oczu - Zachowuj się więc jak na chodzącą lodówkę przystało i zamilcz. Chyba, że chciałbyś, aby twój pan dowiedział się o twoim zachowaniu. - dodał, a na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. 

Blondyn normalnie by mu coś odpowiedział, pewnie rzucając jakąś złośliwą uwagę lub będąc nieco bardziej natarczywym i dopytując go pomimo wyraźnego zakazu. Teraz jednak słysząc tę ostatnią uwagę, na ułamek sekundy w jego oczach pojawił się strach. Musiał zacisnąć mocniej dłonie na dzbanku z krwią, gdyż te zaczęły niebezpiecznie dygotać. Odsunął się od wampira i zgiął się w pół.
- Wybacz mi panie moją śmiałość. To się już więcej nie powtórzy - zapewnił go tylko, po czym obrócił na pięcie i wycofał się. Byle dalej od Shin'ichiego. Nie chciał kłopotów. Nie dziś.
- Dlatego nie trzymam ludzi w domu. - prychnął nieśmiertelny do jednej z wampirzych dam, wywołując na jej twarzy nieśmiały uśmiech, a u paru innych nawet cichy chichot. Jemu jednak wcale nie było do śmiechu. Ostatnio jego proste i idealnie życie nieumarłego stało się strasznie trudne i skomplikowane. A to wszystko zaczęło się na jednym z właśnie takich bankietów Wagnera, kiedy to po raz pierwszy zbyt blisko poznał Natsu. - Państwo wybaczą. - westchnął dość smętnie, wstając od stołu. Szybko wmieszał się w tłum i od niechcenia szukał wzrokiem zbyt dobrze znanego mu smarkacza.

~.~
Natsu tymczasem zręcznie zniknął z  pokoju, by pomóc reszcie w napełnianiu dzbanków, a kiedy te były gotowe wziął jeden i ruszył z powrotem do sali. Trzymał się raczej na obrzeżach, obawiając się wmieszania w tłum. Tak naprawdę to już tylko marzył o końcu tej imprezy. Pragnął położyć się do łóżka. Wiedział, że Wagner puści go bez konieczności sprzątania. Mimo wszystko jakieś tam przywileje miał w tym domu. Niewielkie, ale zawsze. 
Więc gdy ktoś klepnął go w plecy, był tym gestem tak zaskoczony, że wypuścił dzbanek, pozwalając mu się rozbić na kawałki. Przy czym patrzył na to wszystko z wyraźnym terrorem w oczach. Wszystkie wampiry stojące w odległości pięciu metrów od niego, zwróciły wzrok w jego stronę. Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Zamiast tego, zatrząsł się tylko od strachu
- Natsu! - Wagner przystanął przy nim kompletnie wyprowadzony z równowagi. Uniósł dłoń i porządnie uderzył go w twarz, posyłając chłopaka tym samym na podłogę. - Nie możesz wykonać nawet najprostszego polecenia, poprawnie?! - zapytał go chłodno kucając przed nim i łapiąc go za włosy, by zmusić chłopaka do spojrzenia sobie w oczy. 
- Ja... przepraszam... - chłopak kompletnie stracił rezon. Dotarło do niego, że autentycznie się teraz boi. Jak nigdy w życiu, tak teraz obawiał się tego, co Wagner może z nim zrobić. Pobladł na twarzy jeszcze bardziej a jego rozbiegane oczy ledwie co skupiały wzrok na mężczyźnie. - Przepraszam, przepraszam - powtórzył, a po sali przebiegł dźwięczny śmiech wampirów.
Gospodarz pokazał swoje kły podnosząc chłopaka gwałtownie do pionu i wciąż trzymając go za włosy, uderzając go jeszcze kilka razy. Przy ostatnim uderzeniu, puścił blondyna i splunął w bok.

- Posprzątaj tu i lepiej żebyś mi dzisiaj nie wchodził w drogę - rzucił chłodno, po czym jak gdyby nigdy nic zmienił się w wesołego gospodarza. - Proszę przejdźmy do głównej atrakcji wieczoru - uśmiechnął się szeroko. - Wspaniała, jedyna i niepowtarzalna Stella! - rozległy się oklaski, gdy w sali pojawiła się uśmiechnięta brunetka. Kolacja dla rzeszy spragnionych krwi potworów.
Shin'ichi pokręcił z niedowierzaniem głową, patrząc z pogardą na dzikie bestie, w które w jednej chwili zmienili się wszyscy gentlemani i damy na widok podanej jak na tacy zwierzyny. Owszem dla każdego wampira łatwa krew była czymś wspaniałym, ale dla prawdziwego łowcy była to po prostu obraza i odebranie całej radości z polowania. Nie miał zamiaru uczestniczyć w tej błazenadzie w jakikolwiek sposób.
- I to są Jedyni. Żenada. - westchnął, choć i jego samego zaczęły zęby swędzieć na samą myśl o świeżej, ciepłej krwi. Starał się jednak to zignorować i wolnym krokiem ruszył się w stronę wyjścia. Za pewne szybko opuściłby rezydencję Wagnera, gdyby jego uwagę nie przykuł klęczący na podłodze, z daleka od zajętego tłumu, blondyn.
- Coś znowu zrobił dzieciaku? - zapytał wampir, patrząc na człowieka z góry.

- Nic... ja... nic - Natsu po raz pierwszy w swoim krótkim życiu czuł się tak paskudnie, tak bezsilnie. Łzy swobodnie spływały mu po policzkach, kiedy zbierał rozbite szkło nie bacząc już nawet na to, że rani sobie przy tym ręce. Byle jak najszybciej zniknąć z tego pokoju. Upychał odłamki szkła w kieszeniach bluzy. Był całkiem roztrzęsiony i przerażony. W tej jednej chwili nie było w nim nic ze zwykle pogodnego człowieka, który swoją odwagą zacierał granicę głupoty. Teraz marzył o niewidzialności. - Przepraszam - syknął, kuląc się w sobie jeszcze bardziej, gdy Shin'ichi się do niego zbliżył. Przyjął naturalną pozycję obronną, która pewnie na nic by mu się nie zdała, gdyby wampir rzeczywiście chciał zrobić mu krzywdę. - Przepraszam - powtórzył jeszcze, wracając już do zbierania szkła. Przesunął dłonią po czerwonej plamie, a kiedy poczuł na niej ukłucie, podnosił drobinki szkła. Starał się jak mógł, by nie zwracać uwagi na Katsu.
- Wolałbym raczej usłyszeć, że uczysz dzbanki latać - powiedział cicho, patrząc na niego z politowaniem i ukradkiem zmiatając kilka odłamków szkła nogą.
Wampir nie mógł uwierzyć w to co widzi. Bo nie był to już ten głupi szczeniak, którego znał i który spędził u niego w domu całkiem sporo czasu. Teraz mógł się tylko zastanawiać, gdzie się podział ten dzieciak, który nie bał się mu postawić i odpyskować, a na każde jego słowo miał milion innych.

- Dzbanki nie chciały współpracować - Natsu wysilił się na cichą uwagę, lecz i w jego uszach zabrzmiała strasznie żałośnie wymuszona. Nie miał już siły i chciał się zapaść pod ziemię. Z wdzięcznością zgarnął podane mu przez Katsu odłamki szkła, stwierdzając wreszcie, że to już wszystko i z wysiłkiem dźwignął się na nogi zataczając się do tyłu i omal znów nie padając. Potrzebował pokaźnej chwili czasu by zlokalizować pozycję, w której się znajduje i jeszcze więcej by zdecydować, gdzie są drzwi.
- Wciąż nie potrafisz się sam o siebie zatroszczyć, co smarku? - Shin'ichi próbował jakoś ciągnąć rozmowę, póki nikt z gości jeszcze się nimi nie zainteresował. Starał się nieco sprowokować chłopaka do odpyskowania mu w jakiś sposób, co był pewien podniosłoby go trochę na duchu - Chyba będę musiał ci nieco pomóc... - zaczął wampir, przyglądając się jakimś dziwnym wzrokiem roztrzęsionemu Natsu, intensywnie nad czymś myśląc - Głupi człowieku! Patrz co żeś narobił! - ryknął, specjalnie brudząc sobie nogawkę resztką krwi pozostawianej na podłodze - Jeżeli masz teraz nadzieję, że wezwę twojego pana i to on się tobą zajmie, to grubo się mylisz. Sam dopilnuję, żebyś nigdy nie zapomniał tego błędu!
Shin'ichi piorunując spojrzeniem przerażonego i nic nie rozumiejącego blondyna, złapał go za ubranie i dość brutalnie podniósł do góry. Kilkakrotnie potrząsnął w nim powietrzu, po czym opuścił z powrotem na ziemię, by bezwładnego zawlec do najbliższego pomieszczenia. 

Kiedy wampir ryknął, Natsu cofnął się od niego dwa kroki w tył, a kolory uciekły z jego twarzy. Nawet te ostatnie iskierki w ozach przygasły. Miał wrażenie, jakby zaraz miał się skończyć jego świat. Kompletnie nie rozumiał co znowu zrobił nie tak. Łzy spłynęły mu po policzkach i potrząsnął kilka razy głową, jakby błagał Katsu, by ten jednak go oszczędził. Serce stanęło mu na moment, kiedy zerkał w stronę zabawiającego się tłumu. Wagner jeszcze nie zwrócił na nich uwagi i całe szczęście. Inaczej padłby już tu trupem. Był o tym święcie przekonany. Katsu podniósł go do góry przyprawiając go niemal o zawał. Zadygotał w powietrzu i spojrzał na wampira niemalże błagalnie, a potem? Nie bardzo pamiętał co się działo. Musiał stracić przytomność w trakcie potrząsania.

Zaczarowani